Kiedy projektujemy mieszkanie, sprawa jest stosunkowo prosta: wnętrze ma przede wszystkim dobrze służyć ludziom, którzy w nim mieszkają. Oczywiście powinno być piękne, odpowiadać ich charakterowi, mieścić wszystkie potrzebne rzeczy i nie zmuszać nikogo do wykonywania slalomu między sofą a stołem, ale ostatecznie projektujemy dla dość jasno określonej grupy użytkowników.
W lokalu komercyjnym robi się znacznie ciekawiej, ponieważ nagle mamy przynajmniej trzy grupy interesów. Jest klient, który ma się dobrze czuć i bez problemu zrozumieć przestrzeń. Jest pracownik, który będzie korzystał z niej przez osiem godzin dziennie. I jest właściciel biznesu, który — co może zabrzmieć brutalnie, ale jednak dość istotnie — musi na tej przestrzeni zarabiać.
Dlatego piękne wnętrze lokalu naprawdę nie wystarczy.
Można stworzyć zachwycającą restaurację, w której kelnerzy codziennie pokonują dodatkowe kilometry, ponieważ układ zaplecza nie ma żadnego związku z układem sali. Można zaprojektować salon beauty, który wygląda świetnie na Instagramie, ale klientka po zabiegu musi przejść przez pełną poczekalnię. Można mieć imponującą recepcję, której nikt nie widzi po wejściu, i sklep, w którym klient po trzydziestu sekundach nadal nie wie, dokąd właściwie powinien pójść.
To są problemy, których nie naprawi piękny kamień.
Lokal zaczyna się przed drzwiami
Projekt doświadczenia klienta zaczyna się właściwie jeszcze zanim klient wejdzie do środka. Czy lokal jest widoczny? Czy wejście jest oczywiste? Czy z zewnątrz da się zrozumieć, z jakim miejscem mamy do czynienia? Co widzimy przez witrynę i czy ten widok zachęca do wejścia?
Potem otwieramy drzwi i mamy kilka sekund na pierwsze wrażenie. Nie chodzi nawet o to, żeby było spektakularne. Chodzi o to, żeby przestrzeń była czytelna. W gabinecie chcę wiedzieć, gdzie znajduje się recepcja. W restauracji — czy mam czekać na obsługę, czy samodzielnie wybrać stolik. W butiku chcę intuicyjnie zobaczyć, dokąd prowadzi mnie przestrzeń.
Jeżeli pierwszą rzeczą, którą widzi klient salonu beauty, są otwarte drzwi do pomieszczenia socjalnego, naprawdę trudno będzie naprawić to później złotym logo na ścianie.
Dlatego podczas projektowania lokalu lubię przejść przez niego w wyobraźni dokładnie tak, jak zrobi to klient. Wejście, pierwsze spojrzenie, recepcja, oczekiwanie, właściwa usługa, toaleta, płatność i wyjście. W projektowaniu usług mówi się o customer journey, ale w architekturze ta podróż jest bardzo dosłowna. Człowiek naprawdę przemieszcza się po wnętrzu i każde kolejne miejsce coś mu komunikuje.
Nie zawsze słowami.
A teraz przejdźmy tę samą drogę jako pracownik
To jest część projektu, której klient lokalu może nigdy nie zauważyć — i bardzo dobrze. Pracownik zauważy ją pierwszego dnia.
Gdzie odkłada rzeczy po przyjściu do pracy? Jak dociera na stanowisko? Gdzie przechowywane są produkty, narzędzia czy dokumenty? Jak daleko trzeba po nie chodzić? Gdzie trafiają rzeczy zużyte, brudne albo wymagające uzupełnienia? Czy żeby wykonać najczęściej powtarzaną czynność, trzeba zrobić dwa kroki czy dwanaście?
Pojedyncze dziesięć metrów nie robi wrażenia. Dziesięć metrów pokonywane kilkadziesiąt razy dziennie przez kilka osób zaczyna już być całkiem konkretnym fragmentem czasu pracy.
W restauracji dochodzi do tego droga obsługi, naczyń, produktów i odpadów. W gabinecie — czystych i używanych materiałów. W salonie beauty trzeba myśleć o przygotowaniu stanowiska, dostępie do produktów, sprzątaniu i prywatności. W biurze o tym, czy pracownik mający przez godzinę rozmawiać przez telefon nie siedzi dokładnie obok osoby próbującej w skupieniu przygotować raport.
I nagle okazuje się, że projektowanie wnętrza komercyjnego przypomina trochę układanie choreografii. Jeżeli wszyscy przez cały dzień wpadają na siebie w przejściu, choreografia wymaga jeszcze kilku prób.
Każdy metr powinien pracować, ale nie każdy musi bezpośrednio zarabiać
Przy lokalu wynajmowanym za konkretną kwotę za metr kwadratowy bardzo łatwo dojść do wniosku, że każda powierzchnia nieprzeznaczona bezpośrednio dla klienta jest stratą.
Jeszcze jeden stolik. Jeszcze jedno stanowisko. Jeszcze jeden fotel. Magazyn możemy trochę zmniejszyć, przejście zwęzić, a zaplecze jakoś się zmieści.
Tylko że „więcej” nie zawsze oznacza „bardziej rentownie”.
Dodatkowe stanowisko niewiele daje, jeżeli pracownicy nie mogą go sprawnie obsłużyć. Dodatkowy stolik w restauracji może przynieść mniej korzyści niż wygodniejsze przejście, dzięki któremu obsługa działa szybciej. Zbyt małe zaplecze powoduje, że rzeczy zaczynają pojawiać się tam, gdzie nie powinny, a brak miejsca na przechowywanie bardzo szybko staje się problemem widocznym również dla klientów.
Dobre zaplecze jest trochę jak dobra bielizna pod ubraniem. Nikt nie powinien zwracać na nie uwagi, ale kiedy jest źle dobrane, zaczyna się robić niewygodnie.
Recepcja to nie ozdobna lada
Recepcja jest jednym z moich ulubionych przykładów miejsca, które bardzo łatwo zaprojektować od złej strony. Skupiamy się na froncie, logo, kamieniu, podświetleniu i tym, jak będzie wyglądała na zdjęciu. Tymczasem po drugiej stronie ktoś naprawdę będzie pracował.
Potrzebuje komputera, dokumentów, drukarki, terminala, ładowarek, telefonu, rzeczy osobistych, czasem miejsca na przesyłki czy produkty. Pojawiają się przewody, które na wizualizacji miały niezwykłą zdolność znikania, i rzeczy, które klient niekoniecznie powinien oglądać.
Dlatego recepcję warto projektować jednocześnie z dwóch stron. Od strony klienta ma być pierwszym czytelnym punktem kontaktu z marką. Od strony pracownika — ma być normalnym, ergonomicznym stanowiskiem pracy.
Jeśli spełnia tylko pierwszy warunek, mamy bardzo drogą dekorację.
Marka nie kończy się na logo
Właśnie tutaj projektowanie wnętrz komercyjnych robi się dla mnie najciekawsze.
Wnętrze może być fizyczną wersją marki.
Nie oznacza to pomalowania ścian na kolor z księgi identyfikacji wizualnej i umieszczenia logo w trzech miejscach. Wręcz przeciwnie — najbardziej eleganckie wnętrza komercyjne często komunikują markę znacznie subtelniej.
Jeżeli firma mówi o spokoju, indywidualnym podejściu i jakości, przestrzeń powinna pozwalać to poczuć. Jeśli marka jest dynamiczna, młoda i odważna, bardzo zachowawcze wnętrze może wysyłać zupełnie inny komunikat. Restauracja opowiadająca o lokalnych produktach i rzemiośle może tę historię kontynuować materiałami, ceramiką czy sztuką zamiast budować kolejne wnętrze, które równie dobrze mogłoby znajdować się w Warszawie, Barcelonie albo na lotnisku w Dubaju.
W trendach komercyjnych 2026 właśnie ta indywidualność i fizyczne doświadczenie marki stają się coraz ważniejsze. Wnętrza retail i hospitality mają oferować coś, czego nie daje kontakt z firmą przez ekran: atmosferę, dotyk materiału, światło, dźwięk, kontakt z człowiekiem i poczucie miejsca.
I to jest znacznie ciekawsze niż ściana z neonem.
Najdroższy materiał może być najtańszym wyborem. I odwrotnie
W domu sofa może być używana przez trzy albo cztery osoby. W poczekalni salonu — przez kilkadziesiąt dziennie. Podłoga w mieszkaniu nie dostaje codziennie kilkuset par butów. Blat recepcji, stolik w kawiarni czy klamka w gabinecie są dotykane nieporównywalnie częściej niż ich odpowiedniki w domu.
Dlatego przy wnętrzach komercyjnych interesuje mnie nie tylko to, ile materiał kosztuje w dniu zakupu, ale jak będzie wyglądał po roku, trzech czy pięciu latach.
Tani materiał wymagający szybkiej wymiany może okazać się znacznie droższy niż lepszy materiał kupiony raz. Z kolei bardzo drogi kamień zastosowany w miejscu, w którym regularnie będzie narażony na substancje mogące go trwale uszkodzić, nie staje się dobrym wyborem tylko dlatego, że był drogi.
Aktualne kierunki w projektowaniu komercyjnym mocno podkreślają właśnie durability i lifecycle value — trwałość, możliwość konserwacji i koszt materiału w całym okresie użytkowania, a nie tylko na fakturze za pierwsze zamówienie.
To mało romantyczna część projektowania.
Za to właściciel lokalu zwykle zaczyna ją bardzo doceniać mniej więcej w momencie pierwszego remontu.
Premium bardzo często słychać
Albo właśnie nie słychać.
Akustyka jest jednym z najbardziej niedocenianych elementów wnętrz komercyjnych. Możemy zastosować piękny kamień, szkło, metal, duże przeszklenia i gładkie ściany, a potem odkryć, że rozmowa dwóch osób odbija się po całym lokalu.
W restauracji robi się coraz głośniej, ponieważ każdy zaczyna mówić głośniej, żeby przebić się przez rozmowy pozostałych. W gabinecie znika poczucie prywatności. W biurze koncentracja zaczyna wymagać słuchawek. W salonie beauty klient słyszy rozmowę prowadzoną dwa stanowiska dalej.
I żaden z tych problemów nie wygląda źle na zdjęciu.
Właśnie dlatego współczesne projektowanie komercyjne coraz częściej traktuje akustykę, światło i wellbeing jako podstawową część projektu, a nie wyposażenie dodatkowe. Możemy pracować sufitem, panelami akustycznymi, tkaninami, meblami tapicerowanymi, dywanami, przegrodami i samym układem przestrzeni. Nie zawsze potrzeba spektakularnych rozwiązań. Czasem wystarczy przestać projektować całe wnętrze z materiałów, od których dźwięk odbija się jak piłeczka pingpongowa.
Klient prawdopodobnie nie wejdzie do lokalu i nie powie: „Fantastycznie rozwiązaliście czas pogłosu”.
Po prostu zostanie trochę dłużej.
Światło również ma pracę do wykonania
Podobnie jest z oświetleniem. W lokalu komercyjnym światło nie służy tylko do tego, żeby było jasno.
W restauracji ma budować atmosferę i dobrze pokazywać jedzenie. W salonie beauty musi jednocześnie tworzyć przyjemne wnętrze i zapewniać odpowiednie warunki do pracy. W sklepie prowadzi wzrok do produktu. W gabinecie wpływa na komfort klienta. W biurze — na pracę przez wiele godzin.
Jedna temperatura barwowa i równomierne światło na całej powierzchni bardzo rzadko rozwiązują wszystkie te problemy.
Dlatego projekt oświetlenia lokalu powinien wynikać ze stref i wykonywanych w nich czynności, dokładnie tak samo jak układ funkcjonalny. Nastrój przy stoliku i światło potrzebne do sprzątania po zamknięciu restauracji to dwie różne sytuacje. Dobre wnętrze powinno radzić sobie z obiema.
A co będzie za trzy lata?
To pytanie jest szczególnie ważne w biznesie, bo firma może zmienić się znacznie szybciej niż mieszkanie.
Pojawia się nowa usługa. Zespół rośnie. Zmienia się sposób obsługi. Potrzebujemy dodatkowego stanowiska albo przeciwnie — część procesu przenosi się do internetu. Sklep chce regularnie zmieniać ekspozycję. Biuro przechodzi na pracę hybrydową.
Dlatego jednym z mocniejszych kierunków komercyjnych w 2026 roku są elastyczne układy, meble modułowe i rozwiązania pozwalające przestrzeni zmieniać funkcję bez kolejnego generalnego remontu.
Nie oznacza to oczywiście projektowania wszystkiego na kółkach.
Chodzi raczej o pozostawienie sobie możliwości. Czy ekspozycję można przebudować? Czy układ gabinetu pozwoli w przyszłości wprowadzić inny sprzęt? Czy wszystkie instalacje zostały zaprojektowane tak precyzyjnie pod dzisiejszy układ, że przesunięcie jednego stanowiska o metr będzie wymagało wezwania połowy ekip budowlanych?
Dobry lokal powinien być dopasowany do biznesu.
Ale nie tak ciasno, żeby biznes nie miał już gdzie urosnąć.
Ładny lokal nadal jest ważny
Oczywiście, że jest.
Nie zamierzam przekonywać nikogo, że estetyka nie ma znaczenia. W przestrzeni komercyjnej ma ogromne. Pierwsze wrażenie wpływa na sposób, w jaki odbieramy markę, jakość wnętrza może uzasadniać pozycjonowanie usługi, a charakterystyczne miejsce jest znacznie łatwiejsze do zapamiętania.
Tylko estetyka powinna być wynikiem całego projektu, a nie jego jedynym celem.
Najlepsze lokale nie zmuszają klienta do zastanawiania się, gdzie powinien pójść. Nie zmuszają pracownika do obchodzenia mebli kilkadziesiąt razy dziennie. Nie wymagają wymiany połowy wyposażenia po dwóch latach i nie wyglądają jak przypadkowa kompilacja aktualnych trendów.
Po prostu działają.
A przy okazji wyglądają tak, że chce się do nich wrócić.
I właśnie w tej kolejności najbardziej lubię je projektować.