Marklowicka 7 , Wodzisław Śląski   44-300 , Śląskie

Nie przypominam sobie ani jednego klienta, który przyszedł do mnie z inspiracjami dotyczącymi rozmieszczenia gniazdek elektrycznych. Ich wygląd czasami wypływa w ostatnim etapie projektu, ale dokładne położenie względem blatu kuchennego albo stolika nocnego? Czy ktoś śniąc o swoim domu marzy o gniazdku w pobliżu płyty grzewczej do którego podłączy blender?


Za to pamiętam setki zdjęć kuchni. Próbniki drewna. Fragmenty blatów z naturalnego kamienia. Wizualizacje salonów skąpanych w ciepłym świetle. Dyskusje o odcieniu beżu, który nie będzie wpadał w róż ani w szarość. Wybór odpowiedniego materiału na tapicerowane łóżko i siedzisko krzeseł w jadalni.


To właśnie te decyzje kojarzą się z projektowaniem wnętrz. Są przyjemne. Pobudzają wyobraźnię. Pozwalają wyobrazić sobie przyszły dom. Mają w sobie więcej przestrzeni na kreatywność i marzenia o „życiu po remoncie”.


Piękno, estetyka, design, relaks. Ech, sielanka...


Sielanka będzie, jeśli podczas wymiany zepsutej zmywarki – a skubana zawsze psuje się po zakończeniu okresu gwarancji – będzie można łatwo ją odłączyć sięgając do szafki obok. Albo kiedy podczas montażu piekarnika nie okaże się, że wtyczka uniemożliwia wsunięcie sprzętu do obudowy. Sielanką jest nocne ładowanie telefonu na lub w szafce nocnej i odpowiednia ilość gniazdek w łazience (stacja szczoteczki, golarka, suszarka, prostownica, karbownica, lokówka, a czasem elektryczne dyfuzory lub pojemnik na ogrzewanie ręczników). Tak, wiem co myślisz. Że to nie musi być podłączone w tym samym czasie. Że wystarczy jedno gniazdko.


Wystarczy.


Ale koszt terapii rodzinnej związanej z kłótnią o to gniazdko może być wyższy niż instalacja zapasowych źródeł ładowania.


I tu wkracza architekt wnętrz cały na biało. Albo na czarno, jeśli jest stereotypowym natchnionym artystą w berecie.


Ale nawet natchniony artysta zaczyna od tych mniej ładnych aspektów pracy. Od tego czego zazwyczaj nie widać po remoncie, ale co wpływa na wygodę użytkowania wnętrza. Punkty elektryczne, wod-kan, ppoż, wentylacja.


Wiesz, dlaczego? Bo dom jest zaskakująco obojętny na to, jaki kolor mają fronty kuchenne i czy na ścianach jest jeszcze greige czy już taupe. Za to bardzo szybko wystawia rachunek za wszystkie decyzje techniczne, które podjęliśmy zbyt pochopnie.


Wielokrotnie słyszałam historie o przedłużaczach. O kablach biegnących za sofą. O ekspresie do kawy, który codziennie przegrywa walkę z czajnikiem o jedyne wolne gniazdko. O robocie sprzątającym mieszkającym pod schodami, bo nigdzie nie przewidziano dla niego miejsca.


To są drobiazgi.


Każdy z osobna.


I właśnie dlatego tak łatwo je zlekceważyć.


Projektowanie wnętrz rzadko polega na podejmowaniu jednej wielkiej decyzji. Znacznie częściej jest sumą kilkuset małych decyzji, z których każda wydaje się mało istotna. Problem polega na tym, że z tych "mało istotnych" decyzji powstaje później codzienność.


Nie projektuję więc gniazdek.


Projektuję rytuały.


Próbuję wyobrazić sobie, kto pierwszy rano schodzi do kuchni. Czy kawa powstaje w ciszy, czy między przygotowywaniem śniadania a szukaniem plecaka do szkoły. Czy ktoś odkłada telefon na stolik nocny i zasypia przy książce. Czy w grudniu w salonie stanie choinka. Czy za kilka lat dzieci będą potrzebowały biurka w miejscu, które dziś wydaje się zupełnie zbędne.


To brzmi banalnie, ale właśnie od takich pytań zaczyna się dobrze zaprojektowany dom.


Lubię myśleć, że architekt wnętrz jest trochę jak autor powieści. Musi znać swoich bohaterów na tyle dobrze, żeby przewidzieć, co zrobią w kolejnych rozdziałach. Różnica polega na tym, że tutaj nie chodzi o fabułę. Chodzi o życie. To prawdziwe. Z kubkiem kawy, ładowarką do telefonu, odkurzaczem i dzieckiem, które właśnie przypomniało sobie o pracy z plastyki z wykorzystaniem kasztanów na pięć minut przed pójściem spać.


Czy można po prostu zamontować więcej gniazdek?


Oczywiście.


Czy w swoim domu mam odpowiednią ilość gniazdek?


Oczywiście, że nie. Bo szewc bez butów chodzi.


Ale to moja praca, żeby każdy rzut punktów elektrycznych, który wychodzi spod mojej ręki oszczędził moim klientom tej frustracji, którą przeżywam ja za każdym razem, kiedy nurkuję za wielką donicą z bardzo odporną na przesuszenie palmą, żeby odłączyć kabel z laptopa.


Do każdego projektu wnoszę własne doświadczenia, przewidywania dotyczące potrzeb innych, próbę odnalezienia i zrozumienia schematów działania pojedynczych użytkowników przestrzeni i całej rodziny. Uczę się jak działa dom. Nie budynek, nie mieszkanie. Jak działa przestrzeń jako tło każdego dnia i czy nie przeszkadza użytkownikom w wygodnym funkcjonowaniu.


Szukam kolizji, niewygody, brzydoty i niedoskonałości. Szukam niezadowolenia, zniecierpliwienia i sytuacji zapalnych. A jak już je znajdę, zbiorę i przeanalizuję, przekuwam je na rzuty.


I wcale nie na te romantyczne w kolorach ziemi i z idealną jodełką francuską, tylko na te techniczne, które wyglądają niewinnie, ale są szkieletem całego projektu.


Dlatego jeżeli myślisz o remoncie lub budowie i chcesz zatrudnić architekta wnętrz, przygotuj się nie do rozmowy o trawertynie i sztukateriach, ale o swoich porankach, wieczorach, weekendach. I zapomnij o przedłużaczach.

Projektuj z nami przestrzeń życia

Sprawdź, jak mogę Ci pomóc

Zamów wstępną wycenę
Sprawdź, jak mogę Ci pomóc