Plac Wolności 13 , Rybnik   44-200 , Śląskie

Jesień ma tę jedną przewagę nad latem, że nagle przestajemy mieć wyrzuty sumienia z powodu siedzenia w domu. O siedemnastej robi się podejrzanie ciemno, pogoda przestaje sugerować, że każdą wolną chwilę powinniśmy spędzać na świeżym powietrzu, a perspektywa wieczoru z książką, herbatą i czymś zdecydowanie zbyt kalorycznym zaczyna brzmieć jak całkiem rozsądny plan na życie. Być może dlatego właśnie teraz szczególnie mocno podobają mi się wnętrza, w których książek nie traktuje się jak problemu wymagającego rozwiązania.


Bo przez kilka ostatnich lat bardzo skutecznie nauczyliśmy się wszystko chować. Kuchnia zniknęła za gładkimi frontami, telewizor za panelem, drzwi straciły opaski, kable trafiły do ścian, klimatyzatory do sufitów, a półki — jeśli już się pojawiały — miały na sobie trzy starannie dobrane wazony i album, którego pod żadnym pozorem nie należało otwierać, bo pełnił ważną funkcję kolorystyczną. Książki, ze swoimi bezczelnie różnymi wysokościami, kolorami grzbietów i kompletnym brakiem poszanowania dla palety wnętrza, niespecjalnie się w ten świat wpisywały.


Na szczęście chyba nam przechodzi.


Jednym z kierunków, który bardzo podoba mi się we wnętrzach w 2026 roku, jest odejście od domu wyglądającego jak gotowy showroom w stronę przestrzeni bardziej osobistych, warstwowych i zbieranych przez lata. Wracają ciemniejsze gatunki drewna, rzeczy vintage, rzemiosło, sztuka, przedmioty z historią i właśnie książki. Nie jako dekoracja kupowana na metry bieżące, ale jako coś, co rzeczywiście należy do mieszkańców. I trudno o lepszą porę roku, żeby porozmawiać o tym, jak zrobić dla nich miejsce.


Nie potrzebujesz biblioteki, żeby mieć bibliotekę


Kiedy mówię „domowa biblioteka”, łatwo wyobrazić sobie osobny gabinet z regałami po sufit, drabinką na mosiężnej szynie, wielkim fotelem i kominkiem. Jeżeli macie dodatkowe dwadzieścia metrów kwadratowych i kilka tysięcy książek, absolutnie nie zamierzam Was od tego pomysłu odwodzić. Większość z nas nie dysponuje jednak pomieszczeniem, które można poświęcić wyłącznie literaturze, i wcale nie oznacza to, że książki mają resztę życia spędzić w kartonach.


Biblioteka może być fragmentem salonu, zabudową wokół drzwi, niewykorzystaną wnęką albo ścianą przy schodach. Może znaleźć się w szerokim korytarzu, sypialni, gabinecie czy pod skosem na poddaszu. Bardzo lubię też regały dwustronne, które jednocześnie przechowują książki i wydzielają funkcje w otwartym wnętrzu. Zamiast stawiać ściankę tylko po to, żeby podzielić przestrzeń, możemy wykorzystać coś, czego rzeczywiście potrzebujemy.


Przy okazji mamy szansę uniknąć kolejnych lameli. Uważam to za dodatkową korzyść.


Najważniejsze jest to, żeby nie zaczynać od Pinteresta, tylko od własnego księgozbioru. „Chcemy dużą bibliotekę” jest dla projektanta mniej więcej tak precyzyjną informacją jak „chcemy dużą szafę”. Dobrze, tylko co właściwie ma się w niej znaleźć? Sto książek czy tysiąc? Głównie powieści w podobnym formacie czy albumy, segregatory i wydania kolekcjonerskie? Czy kolekcja stale rośnie? Czy chcemy przechowywać tam również winyle, gry, fotografie, ceramikę albo sztukę?


To zawartość powinna w dużej mierze projektować regał, a nie odwrotnie. W przeciwnym razie bardzo łatwo stworzyć piękną kompozycję półek, która po wprowadzeniu prawdziwego życia zaczyna przypominać partię Tetrisa rozgrywaną w panice.


Regał nie musi wyglądać jak regał


Najciekawiej robi się wtedy, kiedy biblioteka przestaje być osobnym meblem, a zaczyna być częścią architektury wnętrza. Zabudowa może objąć całe przejście między pomieszczeniami, wejść nad drzwi, połączyć się z kominkiem albo miejscem na telewizor. Może wypełnić ścianę od podłogi do sufitu, ale wcale nie musi składać się wyłącznie z równych rzędów półek.


Wręcz przeciwnie.


Jeżeli boimy się wizualnego chaosu, zamiast ustawiać książki grzbietami do ściany — tak, widziałam to i nadal próbuję zapomnieć — lepiej popracować nad samą kompozycją zabudowy. Dolna część może być zamknięta i przejąć mniej reprezentacyjne rzeczy. Pomiędzy książkami można zostawić większe pola na obraz, lampę, rzeźbę czy ceramikę. Niektóre półki mogą mieć inną wysokość, część książek może stać, część leżeć, a przede wszystkim nie każdy centymetr musi być wypełniony.


Puste miejsce jest w bibliotece równie ważne jak w całym wnętrzu. Pozwala oku odpocząć i sprawia, że rzeczy, które naprawdę chcemy wyeksponować, zaczynają być widoczne. Jeżeli każda półka od lewej do prawej jest wypełniona po brzegi, przestajemy widzieć pojedyncze przedmioty, a zaczynamy widzieć masę. Czasami właśnie o to chodzi — szczególnie przy bardzo dużym księgozbiorze — ale jeśli biblioteka ma być ważnym elementem salonu, warto zostawić jej trochę oddechu.


Nie oznacza to również, że na reprezentacyjnej ścianie musimy umieścić absolutnie wszystko, co kiedykolwiek wydrukowano i trafiło do naszego domu. Instrukcja do aparatu z 2008 roku naprawdę może zamieszkać gdzie indziej. Część książek możemy przechowywać w gabinecie, sypialni czy za pełnymi frontami, a główną bibliotekę potraktować jako wybór rzeczy, do których wracamy albo po prostu lubimy mieć je blisko.


Gdzie właściwie zamierzasz czytać?


To pytanie wydaje się oczywiste, dopóki nie zobaczymy imponującej biblioteki zaprojektowanej bez ani jednego miejsca, w którym można wygodnie usiąść.


Dobre miejsce do czytania nie potrzebuje wiele: wygodnego siedziska, odpowiedniego światła i czegoś, na czym można odłożyć książkę, okulary, telefon czy kubek. Problem polega na tym, że fotel wybieramy bardzo często oczami. Jest piękny, ma idealny kolor, fantastycznie wygląda na wizualizacji i po dwudziestu minutach siedzenia zaczynamy negocjować z własnym kręgosłupem.


Jeżeli fotel ma naprawdę służyć do czytania, warto go przed zakupem wypróbować. Jedni siedzą prawie pionowo i potrzebują dobrego podparcia pleców, inni po pięciu minutach podwijają nogi pod siebie, jeszcze inni nie wyobrażają sobie życia bez podnóżka. Nie ma jednego modelu idealnego dla wszystkich, podobnie jak nie ma jednej idealnej wysokości poduszki czy materaca. To jedno z tych miejsc, w których funkcja naprawdę powinna wygrać z fotografią produktową.


Obok przyda się niewielki stolik, ale jeśli projektujemy zabudowę na wymiar, możemy pomyśleć również o półce albo niszy zintegrowanej z regałem. I oczywiście o gniazdku. Najlepiej zanim wszystko zostanie pomalowane, podłoga ułożona, a jedyną możliwością podłączenia lampy okaże się przedłużacz biegnący przez pół salonu. Nic tak nie mówi „starannie zaprojektowane wnętrze” jak biały kabel potykający się o nogę fotela.


Oświetlenie, czyli nie każda piękna lampa pozwala czytać


O świetle pisałam już szerzej, więc nie będę ponownie zamieniać tego tekstu w wykład z luksów, lumenów i temperatury barwowej. Przy bibliotece warto jednak pamiętać o jednej podstawowej rzeczy: światło budujące nastrój i światło pozwalające wygodnie czytać nie zawsze są tym samym światłem.


Jesienią i zimą widać to szczególnie dobrze. Latem część błędów wybacza nam słońce, we wrześniu zaczynamy zauważać, że salon oświetlony wyłącznie dekoracyjną lampą wiszącą jest wprawdzie bardzo klimatyczny, ale przeczytanie w nim kilku stron wymaga już pewnego poświęcenia.

Przy fotelu dobrze sprawdza się lampa stojąca, kinkiet albo niewielka oprawa z możliwością skierowania światła dokładnie tam, gdzie go potrzebujemy. W przypadku zabudowy projektowanej od podstaw można włączyć oświetlenie bezpośrednio w bibliotekę, tylko trzeba zrobić to z umiarem. Podświetlenie każdej półki osobnym paskiem LED potrafi bardzo szybko zamienić domowy księgozbiór w ekspozycję sklepową, a chyba nie o to nam chodzi.

Znacznie bardziej podoba mi się światło warstwowe: trochę światła ogólnego, delikatne światło dekoracyjne przy regale i osobna oprawa przy miejscu do czytania. Biblioteka wieczorem powinna tworzyć tło, a nie konkurować jasnością z pasem startowym.


Tak, będzie się kurzyć


Otwarte półki mają jedną dość irytującą właściwość: kurz nie respektuje założeń projektu. Jeżeli mamy kilkaset książek, trzeba brać pod uwagę, że ich regularne odkurzanie stanie się częścią utrzymania domu. Dla jednych nie będzie to żaden problem, dla innych wystarczający argument, żeby po miesiącu zacząć żałować biblioteki na całą ścianę.


Szczególnie przy alergii albo zwyczajnej niechęci do spędzania soboty z miotełką warto rozważyć szklane fronty. Książki pozostają widoczne i nadal budują wnętrze, ale znacznie łatwiej utrzymać je w czystości. Szkło nie musi być przy tym całkowicie transparentne. Możemy zastosować lekko dymione, ornamentowe albo ryflowane, w zależności od tego, czy zależy nam na wyraźnej ekspozycji kolekcji, czy raczej na jej subtelnym zaznaczeniu.


To zresztą dobry przykład czegoś, co powtarzam przy wielu projektach: najpiękniejsze rozwiązanie z Pinteresta niekoniecznie będzie najlepszym rozwiązaniem dla konkretnego domu. Projekt powinien uwzględniać nie tylko to, co nam się podoba, ale też ile mamy czasu, jakie mamy przyzwyczajenia i jak bardzo lubimy sprzątać. Ja osobiście wolę zaprojektować szklany front, niż przez następne dziesięć lat udawać przed klientem, że kurz jest problemem mentalnym.


Książki są dekoracją, ale nie kupujmy ich jako dekoracji


Chyba właśnie to najbardziej podoba mi się w powrocie bibliotek do wnętrz. Książki robią coś, czego nie zrobi żaden idealnie dobrany zestaw dodatków: opowiadają coś o mieszkańcach.

Widać, że ktoś czyta fantastykę. Ktoś zbiera albumy o sztuce. Ktoś przywozi książki z podróży. Ktoś ma półkę kucharską, z której rzeczywiście korzysta, a ktoś inny kolekcjonuje stare wydania, których nie oddałby nawet w zamian za dodatkowy metr szafy. Pomiędzy nimi pojawia się fotografia, figurka przywieziona z wakacji, ceramika kupiona od lokalnego twórcy albo przedmiot odziedziczony po dziadkach. Takiego wnętrza nie da się odtworzyć poprzez skopiowanie listy produktów.


I właśnie w tę stronę bardzo wyraźnie przesuwa się obecnie projektowanie. Po latach perfekcyjnych, neutralnych wnętrz coraz więcej miejsca dostają rzeczy z historią, rzemiosło, vintage, głębsze drewno i materiały, które nie wyglądają tak samo w każdym egzemplarzu. Bardzo mnie ten kierunek cieszy, bo nie wymaga wyrzucenia wszystkiego, co mamy, i kupienia nowego zestawu „w stylu collected interior”. Wręcz przeciwnie. Wreszcie możemy wykorzystać to, co już przez lata zebraliśmy.

Nie namawiam oczywiście do postawienia na półkach wszystkiego. Granica między wnętrzem osobistym a graciarnią nadal istnieje i bywa dość cienka. Ale jeśli w domu nie ma ani jednej rzeczy, która zdradzałaby cokolwiek o jego mieszkańcach, robi się trochę smutno.


Być może właśnie dlatego domowe biblioteki znowu tak dobrze wyglądają. Są z natury niedoskonałe. Zmieniają się, rosną, książki mają różne formaty, coś dochodzi, coś znika, pojawia się nowa fotografia, obraz albo pamiątka. Nie można ich raz wystylizować i uznać za skończone.


I chyba właśnie to jest w nich najlepsze.


Bo dom również nie powinien być skończonym obrazkiem. Powinien zmieniać się razem z ludźmi, którzy w nim mieszkają. A jeśli przy okazji znajdzie się w nim wygodny fotel, dobre światło i półka na kolejną książkę, której absolutnie nie potrzebowaliśmy, ale przecież była w promocji — tym lepiej.


Twórz przestrzeń z pasją

Sprawdź, jak mogę Ci pomóc

Zamów wstępną wycenę
Sprawdź, jak mogę Ci pomóc